Kiedy stojąc na kotwicy w Mindelo, na Wyspach Zielonego Przylądka, dowiedziałem się od Dobrochny Nowak, że Szymon Kuczyński „wpadnie” mnie odwiedzić, wbrew pierwotnemu planowi płynięcia non-stop z Reunion na Kanary, ucieszyłem się ogromnie i spowolniłem nieco moje przygotowania do wyplynięcia na Martynikę. Po trzech dniach „Atlantic Puffin” kołysał się już na kotwicy w dosłownej odleglości rzutu beretem od mojej łódki. Zdecydowaliśmy z Szymonem, że wypłyniemy razem i porobimy sobie przy tym wzajemnie zdjęcia i filmy na wodzie, po czym rozpłyniemy się w swoje strony. Podczas wyjścia Szymon mógł spokojnie robić wokół mnie kółka – nie ścigałem się, bo niosłem przezornie jedynie foka i nieco się wlokłem wychodząc z zatoki, ale zaraz miałem pójść z silnym wiatrem i wtedy uznałem że warto będzie decydować co dostawić.

Wyszliśmy z Mindelo 11 lutego przy silnym wietrze NNW. Pierwsze 2 doby żeglugi były dla mnie najcięższymi z całego crossingu. Zanim wyszedłem ze strefy, gdzie i tak rozbudowaną falę zagęszczala jeszcze obecność wysp, musialem przez wiele godzin sterować ręcznie z dwóch powodów. Po pierwsze łamiące się fale byly na tyle przerażające, że mogłby by wywrócić mój jachcik, gdyby (dość słaby) samoster „nie ogarnął” i łódka ustawiłaby się do nich bokiem, po drugie przed wyplynięciem posmarowałem samosterze oś obrotu lotki wiatrowej przy pomocy WD-40 i to był fatalny błąd, bo samoster po ustawieniu go do pracy rozkręcał się. Poza tym przecież podczas samotnego płynięcia lotka ma być ZBLOKOWANA śrubą przez praktycznie 100% czasu, a nie chodzić swobodnie. Przeklinałem to i czekałem aż WD-40 się wypłucze, bo miejsce o którym mowa jest daleko poza obrysem rufy i bardzo wysoko, więc jedyne co mogłem zrobić na bardzo skołtunionym morzu, pomiędzy jazdami w surfie po 12 i więcej węzłów, to zbryzgać oś resztką acetonu, który miałem – bardzo nieprecyzyjnie i zgrubnie, gdybym miał krótsze ręce, to by w ogóle nie wyszlo. Po 2 dniach przestał się rozkręcać i można już mu bylo ufać. Najdłuższa i najszybsza jazda na fali podbiła rekord prędkości na GPSie do 15,2 w – przypomnę, że mam dość tradycyjny kształt kadłuba bez płaskiego pasa dennego i zwężającą się rufę. Za to silnik tkwil tym razem przez cały przelot schowany grzecznie w bakiście, zaś jego studzienkę wykorzystałem na mokry schowek. W dziurze umieściłem dociętą sklejkę – korek, który miał poprawiać (i pewnie poprawiał) przepływ wody pod dnem.
Pierwszy dzień to jeszcze ekscytacja, dużo siły i entuzjazm, ale w drugiej dobie płynięcia zmęczyła mnie już choroba morska i przyszło osłabienie. Jako że nic nie mogłem strawić, żeby zostało na dlużej, brałem dodatkowo Glucardiamid – jakiś taki medykament z glukozą na stany osłabienia i wyczerpania. Wizyty w kokpicie ograniczylem do naprawdę niezbędnych, ale od ciągłego leżenia rozbolała mnie z kolei głowa. Jednak gdy bardzo rzuca, a jacht dynamicznie ‚roluje’ z prawej na lewą burtę, przeciążenia są tak duże, że siedzenie na dłuższą metę odpada – pracyją wszystkie mięśnie, najbardziej brzuch i szyja i też chce się od tego wysiłku wymiotować. Dopiero trzeciego dnia ugotowałem i zjadłem pół obiadu, jednocześnie nakręcając na log 126 mil przebiegu dobowego – rekord! Moja „kabina” była regularnie zalewana przez boki (choć uszczelnione) i tył szprycbudy, miałem mokry śpiwór, poduszki, na podłodze regularnie były kałuże wody. Przy tym oczywiście było słonecznie i gorąco, ale mimo tego nie było jak suszyć rzeczy ze względu na to, że na zewnątrz co kilka minut przez kokpit, a nawet przez daszek szprycbudy przelewały się potężne bryzgi. Nie miałem bakisty, ani klapy bagażnika (a mam ich sporo w kokpicie), których zrębnice w tych warunkach wytrzymywałyby próbę szczelności, więc regularnie pompowałem zęzę. Kokpit zalewany był często do 1/3 objętości, po czym woda schodziła odpływami w ciągu kilku minut. Po wyjściu zupełnie spoza strefy wysp, fale trochę znormalniały – wydłużyły się, czyli przestały być ogromne i były już po prostu „tylko” wielkie. Przez 4 dni wiatr oscylował między 4 i 7 B – najwięcej zalewań zaliczałem właśnie kiedy słabł, bo fale zaczynały się łamać. Przez prawie 3 doby jechałem tylko na samym foku, zanim wiatr ostatecznie zaczął słabnąć i zacząłem zabawy z kliwrem i grotem.

Po 5-tym dniu płynięcia skończyły się epizody z zalewaniem kabiny i wreszcie zacząłem żyć normalnym rytmem (zalanie wnętrza zdarzyło się jeszcze tylko raz, dopiero po 2 tygodniach, wskutek jakiejś pojedynczej anormalnej fali). Czułem, że pasat ustabilizował się tak jak chciałbym go widzieć – najczęściej wiatr tężał w nocy przeważnie między 4 a 5 B, zaś nad ranem często siadał do 3B. Niebo pokrywały zwykle rzadziej lub gęściej zwyczajne cumulusy płynące z wiatrem (dobry znak), raz przeszły też łagodne burze, z odrobiną deszczu, niezbyt silnym szkwałem i potem wyraźną ciszą, innego dnia dość mocna ulewa zmyła mi nareszczie brązowy pył pustynny pokrywający (pomimo czyszczenia) takielunek i żagle, z czego się bardzo ucieszyłem, jak również rozpuściła słone kryształki, które regularnie przenosiłem na ciele z kokpitu do śpiwora. Są bardzo kłujące – przypominały mi pył szklany z okresu budowy łódki.
Regularnie wybierałem nad ranem latające rybki z kokpitu, ale tylko przez 3 dni wpadały mi takie, które miały rozmiar „patelniowy” – obiecałem sobie, że jak już będę się lepiej czuł, kiedyś sobie taką usmażę na śniadanie, ale wtedy przestały wpadać odpowiednie rozmiary. Trafiła się taka okazja dopiero przedostatniego dnia. Rybę znalazlem już wieczorem i zakwalifikowałem ją do menu porannego, na noc wrzucając do kubła z wodą. Rano oprawiłem i usmażyłem – muszę się przyznać że to PIERWSZA ryba w życiu, którą sam doprowadziłem na patelnię, choć ominęło mnie jej zabijanie – latające ryby giną same – są przynajmniej ogłuszone uderzeniem w kadłub, a potem leżą bezradnie na pokładzie lub w kokpicie i nie umieją wrócić do wody. Jedną- dwie udało mi się uratować zanim zasnęły. Mniejsze sztuki – już nad ranem – potrafią być nieźle przyschnięte do deku.

Widywałem też wielokrotnie ptaki, niezależnie od odległości od lądu, różne gatunki – niektóre bardzo piękne, a nawet ciekawskie. Żaden nie raczył lądować na moim jachcie, choć nie przeganiałem, a raczej zachęcałem, tylko brak nam było wspólnego języka. Po przypłynięciu sprawdzę jakie to były gatunki, mam zdjęcia i szkice. Cieszyły mnie te wizyty, bo poza nimi nie było nic poza próżnią oceanu. Najbardziej regularnymi wizytatorami (od 22 lutego) były ciekawskie i piękne białe ptaki z pięknym, długim i cienkim ogonem wychodzącym ze statecznika poziomego (przyrównując anatomię ptaka do samolotu) – ponad 30 cm i pomarańczowe dzioby oraz czarną otoczkę wokół oczu. Aby przelecieć nad łódką zawsze zataczały najpierw duży krąg – jak samolot. Nie jak gołąb, który by zatrzepotał skrzydłami i w miejscu się napatrzył, czy zmienił kierunek lotu.
W wodzie przez większość przelotu można bylo obserwować wodorosty przypominające bardzo jemiołę. Często ukladały się w pasma, gdy silniej wiało, jednak nie były to ilości, które spowalniałyby płynięcie. Ruch statków byl bardzo mały, więc przez większość przelotu mogłem spać bardzo spokojnie, budząc się jedynie co 4 godziny na zrobienie dziennika.Tradycyjnie o 0000, 0400, 0800 itd. – cały czas według czasu UTC, żeby nie komplikować sobie życia. Przed Karaibami tylko słońce wschodziło dopiero o 1030, ale co z tego :) Pierwszy statek spotkałem wczesnym rankiem piątego dnia żeglugi, 15.02 („AM CARTER”) i widziałem jego światła, drugi dopiero 24.02 o 2030 UTC („SANTA REGINA”), trzeci około południa 26.02 („BULK TRIDENT”) – podaje te informacje, gdyby ktoś chciał sobie sprawdzić na Marinetraffic ich pozycje z tych dni i zobaczyć skąd/dokąd płynęły. Pierwszego nie wołałem przez radio, bo nie miałem potrzeby (prognozę jeszcze miałem), od drugiego dostałem prognozę na 48h, zaś trzeci obiecal mi ją sprawdzić i już się więcej nie odezwał, ale go też już postanowiłem nie molestować, skoro on taki gbur, a pogoda wyglądała i tak na ustabilizowaną. Niestety, nie było żadnych delfinów, ani wielorybów, czy nawet skaczących tuńczykow – pustynia… no, czasem znalazłem inny rodzaj latającej rybki w kokpicie – nie srebrzysto niebieską, ale o ubarwieniu i wzorach a’la brązowy motyl. Jedna wpadła żywa, gdy byłem w kokpicie, ale zanim ją wypuściłem, chyba doznała szoku, bo zatrzęsla się spazmatycznie i przestała się ruszać. Po wrzuceniu do wody również… ale może udawała.
Zestawy żagli, jakie używałem to: sam fok, fok i kliwer na bliźniaki, te same żagle w połączeniu z grotem – praktycznie nigdy cały – zawsze od 1 do 3 refu – tylko przedostatniego dnia rozwinąłem całego (jaki wielki, pomyślałem – dawno go nie widziałem w całości). Genakera ani razu, foka sztormowego także użylem jako dopalacza przedostatniej doby. Używałem również drywkotwy drugiego dnia, ale zerwały się jej paski przez przeklęty (jak zwykle) drapak w roli obciążnika, który mimo że złożony i dobrze zabezpieczony na okrętkę, jakimś cudem się rozłożył. Dryfkotwy o mało nie straciłem, ale w każdym razie straciłem możliwość jej używania – może uda mi się ją jednak na lądzie naprawić. Później nie było już na szczęście potrzeby – w razie czego myślałem o holowaniu kotwicy głównej.
Dni mijały mi w dość dobrym nastroju, czas zazwyczaj spędzałem na czytaniu, słuchaniu muzyki, patrzeniu w ocean i ‚medytacji’ (czyt. opalaniu się i bezmyśleniu) w kokpicie, oglądaniu filmów i wcześniej ściągniętych programów i dokumentów – z oszczędności prądu robiłem to jednak na smartfonie ze słuchawkami, nie na komputerze. Cieszę się niezmiernie z dobrych przebiegów łódki – po pierwszych dniach zaświtała mi w głowie myśl, że może by tak utrzymać do samegfo końca rygor przynajmniej 100 mil na dobę? Tak żeby ANI JEDEN dzień nie wypadł z tej reguły?
Gotowałem zazwyczaj normalnie, poza pierwszymi dniami, choć bywały i później cięższe dni, kiedy gotowanie było sporym wyzwaniem – ręczne trzymanie garnka z jakimś wrzątkiem czy wywarem, przy częściowo zamkniętej kabinie (bo zdmuchuje ogień), niewygodna pozycja – aż się jeść odechciewa. No dobrze, jeść nie, ale gotować – tak.
Ostatnie dni były coraz bardziej gorące, smażyłem się zarówno na zewnątrz jak i w kabinie. Jeśli nawietrzność nie była problemem i mogłem leżeć głową w stronę dziobu (przeciążam wtedy dziób nieco bardziej), ulubionym trybem spędzania okolicy południa było leżenie pod wentylatorem, który na szczęście pracował niezawodnie i nie zużywał wcale dużo prądu. Od upału nie ma gdzie uciec, ciemnoniebieski daszek szprycbudy nagrzewa powietrze wewnątrz jeszcze bardziej. Tylne poły otwarte zupełnie żeby wpadał pasat, ale wraz z nim wpada też słońce do którejś godziny, zanim przejdzie bardziej na zachód. Uff, naprawdę nigdy jeszcze tak nie doceniałem nocy na morzu.
Przedostatniego dnia przed Martyniką nie udalo mi się wycisnąc tych cholernych 100 mil, choć bardzo się starałem. Nie mogłem uwierzyć jak bardzo siadł wiatr – snułem się około 3,5-4 węzly przez większość dnia, ostateczny wynik: 97,2 Mm – jedyny dzień poniżej setki. Od wypłynięcia z Mindelo nigdy nie miałem tyle żagla – cały grot, fok na wytyku, kliwer na wytyku ale z bukszprytu, żeby odsunąć go od cienia grota i jeszcze fok sztormowy z wanty, z małym wytykiem. Po północy tuż obok siebie zauważyłem małą jednostkę, używającą świateł dodatkowych, najwyraźniej mną zainteresowaną. Wielkie zdziwienie, bo wcześniej nic nie miałem na AISie, a to już – 70 mil od wyspy – zaskoczyl mnie ruch przybrzeżny. Nie wiedziałem kto zacz, szybko zacząłem świecić latarką po żaglach, włączyłem UKFkę i usłyszałem francuskie głosy – do mnie. Najdłużej zajęło mi znalezienie… jakichś gaci, żeby w razie bliższego spotkania zachować jakąś należytą dystynkcję. Pogadaliśmy przez radio i poświeciliśmy latarkami – moje pierwsze powitanie na Karaibach przez mieszkańców, rybaków. Następnego ranka i przedpołudnia, 40 – 20 mil od wyspy (której wciąż nie widać) 4 motorówki z rybakami przepływały blisko mnie popatrzeć i pomachać – całkiem duże powitanie, pomyślałem – wciąż nie widząc wyspy, także później – 16mil, 14… no kurde! Zarys pojawił się wraz z pierwszym zasięgiem GSM (na co oczywiście już od rana polowałem) w odległości 13 Mm od brzegu. Wcześniej skoczyła kilka razy po imponujące 3 metry spora dorada. Ten ostatni dzień minął przyjemnie, w delikatnym ale rzeczywistym wiaterku z baksztagu, z coraz większą ilością ludzi wokół – nie tylko widzianych, ale też żywych głosów w UKFce. Zbliżamy się, Martynika już przesuwa się na prawym trawersie o kilka kabli, ktoś bardzo profesjonalnie i w dwóch językach woła na radiu „PAN-PAN” z szóstką osób na pokładzie i zepsutym silnikiem, prosząc o hol. Bardzo profesjonalnie odpowiada MRCC Martinique, z gracją przelatuje helikopter, życie się wokół toczy prawdziwe! Piszę to, bo to takie trochę nadzwyczajnie niezwykłe się wydaje z mojej perspeltywy. Potem po minięciu południowego cypla wzrósł, grot na II ref więc i dalej – wbijam się w zatokę, po prawej mijam St. Anne i zakotwiczone mnóstwo… SETKI jachtów, woda świeci się się lazurem, głębokości kilkanaście – kilka metrów, chmury jakieś takie dynamiczne, przez ląd się przeciskające, ciemne, trochę deszczu aż spadło… co za egzotyka po 20 dniach tylko granatu oceanu i niebieskiego nieba i uparcie przesuwających się w taśmowej nieskończonej serii- białych baranków, jakby produkowanych gdzieś w Afryce i wysyłanych w taką samą podróż jak ja, przez ocean – tylko trochę szybciej, niż ja – więc im zazdrościłem, ale wiedziałem że ja może dopłynę w całości, a one mogą się rozwiać i zniknąć, ha! Whalsowuję się w Cul de Sac i brnę w stronę Le Marin, mijam dziesiątki zakotwiczonych jachtów o kilka metrów. Ludzie nawet są na nich. A ja w gaciach samych i koszulce, jeszcze taki trochę barbarzyńca, wagabunda (4 godziny wcześniej byłem jeszcze „normalnie”, czyli nago – typowo w rejsie solo i w tropikach). Tuż przed miastem po prawej jest „polska zatoczka”, do której wpływam. Podpływa Jean-Paul, Francuz i zaczyna do mnie mówić… po polsku, a także cumuje mnie za boi innych polaków, którzy wrócą za 15 dni, „ale wiesz, jest jeszcze ta druga boja, Kazka – on już nie wraca, więc jest zupełnie wolna, możesz tam stać”.

Emocje opadają, kurtyna też. Przepłynąłem. Jestem. No to teraz nie ma czasu na eposy i momentalnie zaczynamy rutynę życia zatokowo kotwicznego – płynę z Jean Paulem i jego żoną, Polką, Małgosią, na jakiś drewniany pomost i pompuję ponton mój kochany PROSCAN MARINE (zgniła i oślizgla torba jego, w bakiście zalewanej pół rejsu i z zęzą połączoną), montuję silnik (yessss, zapalił, za drugim szarpnięciem), klaruję pokład i żagle (żeby nie było że szpanuję rozpierdzielonymi żaglami – słyszałem anegdotę o takich ludziach, którzy CELOWO nie sprzątają takielunku, żeby było widać jacy byli dzielni, bo pływali NA ŻAGLACH -łał!), biorę kłódkę i łańcuch i płynę na brzeg do źródeł cywilizacji – sklepu z pomarańczami, mlekiem, świeżą bagietką i piwem oraz – wstyd przyznać – do WiFi (to taki Mały Bóg Żeglarzy – podróżników, musimy się do niego często modlić jak jestśmy na lądzie, choć chcielibyśmy może mniej).
Podsumowanie statystyczne Mindelo – Le Marin
Przebiegi dobowe w Mm – w kolejności od 11.02:
48 (11,5h), 109, 126, 109, 111, 117, 120, 124, 119, 114, 113, 110, 119, 120, 117, 112, 108, 117, 97, 86,1 (20,5h)
Całkowity pokonany dystans: 2196 Mm w czasie: 19 dni 8 godz, średnia prędkość: 4,73 w, maksymalna prędkość w ślizgu na fali: 15,2 w, średni arytmetyczny przebieg dobowy: 115 Mm
Zużycie wody butelkowanej: 32l, gospodarczej: 23,5l

Share →
sklejki
Henri_Lloyd_150p
wawer
chaber_150p
teknos_oliva_vertical_150p
Niebieska_szkola_150p
AGA_logo_min
Edredon
logo_ost_bez
ForumExtremum
logo-kolosy
Organika Sarzyna logo
milim_150
salmo-logo-www
logo_ost_bez
Logo Jachting_150p
Wiatr_min
WaterCraft