Przestrzegam, że ten wpis ma charakter cięższy gatunkowo i jest myślicielski. Mogłoby się wydać że „zanadto filozofuję” i gdzieś odpływam, a zapewniam, że tak nie jest. To co opisuję poniżej to naturalna pozytywna zmiana spowodowana środowiskiem, w którym teraz znajduje się moa głowa, naprawdę nic wstydliwego, dlatego chcę się otwarcie podzielić.
Czuję, że zachodzi we mnie ogromna pozytywna zmiana, na którą byłem nastawiony. Staję się myślicielem, a nie zaganianym pół-człowiekiem. Mam do tego teraz przestrzeń – nie tylko fizyczną, ale oczywiście też życiową, czasową etc. Do tego jest to fantastycznie wprost zasilane i uzupełniane przez możliwość podróżowania, czyli zmiany miejsc, otoczenia i rozmawiania z ludźmi – absolutnie przeróżnymi. Jak stanę na kotwicy, to nie tylko przeliczam zapasy, uzupełniam wodę i gnam dalej, ale przede wszystkim chodzę, pływam pontonem, rozmawiam z ludźmi jeśli mnie zainteresuje co robią, lub oni sami, patrzę jak żyją, co robią, i jak, a wieczorem jeszcze znajduję chęć, czas i przestrzeń, żeby posłuchać np. kogoś mądrego z youtube’a (Gloria Internetus!) czy przeczytać jakiś dobry tekst. A że polskiej percepcji mi brakuje z uwagi na oddalenie, to na razie koncentruję się na materiałach wyedytowany przez kogoś z elit intelektualnych Polski – seriale i filmy zeszły już na dalszy plan. Dla przykładu – wieczorami, i nie tylko, obecnie fascynuję się geopolityką. A za dnia, i nie tylko, kiedy jestem „w porcie” to tak chodzę i staram się obserwować i chłonąć. Przypomnę, że od wyjazdu byłem nie tylko w Portugalii, ale też już w Hiszpanii, naz Gibraltarze, w Ceucie, czy nawet zawadziłem na kilka dni o Wielką Brytanię. Wiadomo, można o niemal wszystkim przeczytać w internecie (i dlatego Gloria)- ale gwarantuje, że na żywo ta wiedza jest po prostu po pierwsze najbardziej aktualna, po drugie dużo latwiejsza do zapamiętania, bo uzupełniona o wszystkie bodźce. Poza tym na to czytanie i poszerzanie wiedzy o Świecie nie zawsze jest czas, ale o tym za chwilę.

Ze zmęczonego już budową szkutnika – maszynki do (szybkiej – 1 rok!) produkcji łódki do realizowania mojego marzenia, staję się wreszcie żeglarzem – podróżnikiem, typem człowieka otwartego na wszystkie kanały płynących ze Świata spostrzerzeń, które można przekuwać w wiedzę. Późno, ale lepiej teraz niż nigdy, bo na „nigdy” wielu przecież swój żywot i rozwój kończy. Gdybym tylko chciał odciąć się od tych wszystkich możliwości „jedzenia” Świata, chłonięcia spostrzeżeń, wniosków, mógłbym popłynąć w rejs podobną trasą niemal non-stop. Tam i z powrotem, większość czasu w morzu. I przypomnę, że King of Bongo w lutym – marcu b.r. był na drodze do takiej pętli, kiedy nie miałem jeszcze takiej świadomości czego naprawdę oczekuję od tej wyprawy jak teraz, lecz (szczęściwie) został powstrzymany w Europie przez piętrzące się konieczne uzupełnienia techniczne.

Wolę, żeby mój rejs potrwał dłużej, ale żebym nie był żeglarzem – satelitą płynącym po rekord (jak powiedział Moitessier, rekord to bardzo nieprawidłowe słowo w odniesieniu do morza), bo odciąłbym się od otaczającego mnie pięknego i różnorodnego i niesamowicie zróżnicowanego i skomplikowanego, fascynującego Świata – także świata ludzi. A prawdziwe bogactwo rozgrywania się życia ludzi jest na lądzie. Morze jest wspaniałym azylem, prywatnym kosmosem wokół naszej łódki – ktoś kto był setki mil od lądu w niewielkim bądź żadnym towarzystwie, z namiotem wysoko w górach, na pustyni lub głęboko w jaskinii, wie o czym piszę. Poobnie morze jest doskonałym miejscem do odcięcia się od świata ludzi, jeśli jesteśmy nim już przejedzeni, lub zmęczeni. Ale ja jeszcze nie jestem, dlatego mój rejs będzie miał trasę taką, jaką tylko uda mi się z tej atlantyckiej pętli wycisnąć, to znaczy będę się zatrzymywał często i postaram się nie zaprzepaścić szans bycia w każdym tylko możliwie miejscu po drodze, bo czuję się podróżnikiem i preferuję ten styl dający niesamowite możliwości percepcji Śwata i wypracowania prawdziwej erudycji, czyli samodoskonalenia się jako człowiek – światowiec. Może jeszcze za wcześnie żebym określał się podróżnikiem – żeglarzem, wciąż postrzegam się jeszcze w odwrotnej kolejności tych słów, ale czuję dokonującą się zmianę – trzęsienie, która może kiedyś doprowadzić do tego, że tak będę się kiedyś przedstawiał.
Kontynuując: ta swoboda, półdarmowa przestrzeń życiowa, którą zapewnia mi jacht i czas na własny rozwój i percepcję otoczenia, to tak jakbym dzięki podróży awansował wlaśnie do wolnomyślącej klasy średniej, której w Polsce nie jestem w stanie osiągnąć, z uwagi, że – delikatnie mówiąc – daleko mi w życiu do wielkich sukcesów finansowych, które mogłyby mnie w klasę średnią zabrać normalną drogą. Jednak ju teraz i tu nie jestem zagoniony w schemat: kredycik, debecik, kontrakcik, kombinowanie dnia codziennego i brak czasu na myślenie, bo jak się jest zmęczonym po całym dniu pracy, to wieczorem najchętniej obejrzy się serial i wypije piwo – i koniec dnia. W Polsce rozumiemy w większości klasę średnią pod kątem dochodu. I wyliczamy czy w niej jesteśmy, albo jak nie to ile nam brakuje – i w sumie nie wiemy do końca ile może nam brakować, bo nie widzimy wyraźnego wyznacznika kiedy „już”, a kiedy „jeszcze nie”. A przecież nie tylko o to chodzi, czy jeden rodzinny samochód, czy dwa i domek z garażem, ale prawdziwą klasę średnią, której prawie w Polsce ze względu na historię, nie mamy, odróżnia nie tyle zgromadzone bogactwo, co osiągnięcie stanu, kiedy uznaje, że pracować już tak dużo nie musi, bo pracują jej pieniądze, a sterowanie tą pracą nie zajmuje już całego tygodnia i pojawia się czas i ta właśnie przestrzeń – o której tyle piszę – na to, żeby usiąść na tarasie, i usiąść jeszcze 7 razy i znudzić się tym siedzeniem, i przy odpowiednich warunkach intelektualnych jednostki – zacząć myśleć głębiej. Nad tym jak funkcjonuje Świat. Zacząć słuchać głosów intelektualistow spoza mainstreamu, a do tego trzeba docierać samodzielnie i mieć czas na zgłębianie tego. To co piszę to są tylko proste reguły konstrukcji świata: tak jak na stworzenie klasy robotniczej potrzebna jest nadprodukcja żywności, tak dla inteligencji potrzebna jest jakaś przestrzeń życiowa, ale potrzebne jest mi to do konkluzji, że ja to właśnie dzięki żeglarstwu i mojej malej łódce mam szansę osiągnąć, tyle że boczną ścieżką – bez wcześniejszego zbudowania well-living.
I ten długi wywód na temat nowej jakości osiąganego przeze mnie szczęscia, zwieńczę stwierdzeniem, że jest to właśnie powód dla którego na razie nie zamknę w łódce, żeby przepłynąć nią gdzieś non-stop tylko dla faktu przepłynięcia gdzieś non-stop w dłuższym przelocie pomijającym bez wyraźnej przyczyny (jak klimat lub finanse) wszystko co po drodze.  Ocean to ocean, oczywiście trzeba go przepłynąć non-stop. Ale już na przykład Cape Verde… niewiele jachtów się tam zatrzymuje po drodze na Antyle.
Naturalnie, wciąż jako świadomy żeglarz – podziwiam tych, którzy to robią i jak najbardziej odczuwam i niesamowicie poważam wagę sukcesów żeglarskich, wypraw, osiągnięć i rekordów. Tylko delikatnie czuję, że może to nie być akurat mój styl życiowej przygody z żeglarstwem. Co do osiągnięć – są nadal dla mnie ważne, to znaczy nie rezygnuję z ambicji przepłynięcia Atlantyku łódką mieczową bez stałej kabiny, którą mam już zbudowaną – plan się zresztą toczy i nie przerywam go absolutnie: zauważcie choćby slowo „zbudowaną” – gigantyczny dla mnie etap I tego projektu jest już zamknięty!

Z jedną tylko zmianą: King of Bongo nie płynie po osiągnięcie. King of Bongo, z geografem z wykształcenia na pokładzie, płynie po poznanie Świata. Osiągnięcie to (sukces żeglarski wyprawy) będzie środkiem, a nie celem. No, może za dużo powiedzane, ale na pewno nie jedynym celem.

Vila Nova de Milfontes, 23.09.2015

Share →
sklejki
Henri_Lloyd_150p
wawer
chaber_150p
teknos_oliva_vertical_150p
Niebieska_szkola_150p
AGA_logo_min
Edredon
logo_ost_bez
ForumExtremum
logo-kolosy
Organika Sarzyna logo
milim_150
salmo-logo-www
logo_ost_bez
Logo Jachting_150p
Wiatr_min
WaterCraft