Plymouth, 25.08.15, wtorek

We trojkę płyniemy pononem z mariny do centrum. Ja, bo wyjeżdżam. Eliza i Nico, bo wspaniałomyślnie mnie odprowadzają na dworzec. Leje po angielsku, płyniemy w sztormiakach,choć moje spodnie i buty do wyżęcia. Mamy nieprzyzwoicie duży zapas czasu, czekamy godzinę na dworcu. Autobusu do Bristolu nie ma jeszcze nawet o godzinie odjazdu, przyjeżdża 15min później niż miał odjechać. Pożegnanie czułe i szczere. Autokar rusza z 0,5 godzinnym opóźnieniem i zaraz pakuje się w kolejne korki. Po drodze kierowcy zmieniają się. Dwa razy zjazd z trasy – powiększamy spóźnienie. W Bristolu autobus wypluwa mnie wcale nie na dworcu, gdzie chciałem się płynnie i szybko przesiąść w bus na lotnisko. Do dworca maszeruję 12 minut. Zerkam – tablica: odjazd za 3 minuty. Bilety muszę kupić w kasach płacąc kartą, bo nie mam funtów. Mam bilet, ale na autobus spóźniam się 10 sekund. Zaczynam się leciutko stresować, ale następny za 10 minut więc chyba zdążę. Przerwa? Od pysznej jajecznicy z krewetkami (a co!) którą zrobił rano Nico na jachcie już trochę minęło, zgłodniałem. Kawałek pizzy + coś co wygląda jak hot dog, ale jest w istocie pączkiem z kremem zamiast parówki. OK, jadę. Autobus staje w korkach. Znowu. Na lotnisko 7km, gdzieś widzialem na znaku. No to chyba zdążę? Do zamknięcia bramek 50 minut. Wleczemy się i mam nieodparte wrażenie, że nie jedziemy najkrótszą drogą, tylko przejeżdżamy przez każdą podmiejską dziurę po drodze. Ciasne ulice, roboty drogowe, światła. Pani wsiadła i nie chce usiąść, trzepocze się z bagażem. Kierowca wpatrzony bez emocji w lusterko, aż ona siądzie; Ja nerwowo na zegarek, aż on ruszy. Czas topnieje, minuty wyparowują. Czas i przestrzeń – od zawsze ściśle ze sobą jednostronnie powiązane. Nie da się pokonać przestrzeni, nie zużywając czasu. Da się za to perfekcyjnie zużyć czas, siedząc w miejscu. Praktycznie nie da się wpływać na czas, który płynie w niezmiennym tempie. Da się w pewnym stopniu regulować tempo przemieszczania się w przestrzeni, choć zawsze po tym samym koszcie 60 minut na godzinę. Ale nie na zapchanych ulicach Bristolu, będąc pasażerem. Co powiem? „Pan pociska, bo mi samolot startuje?” Ani to byłoby uprzejme, ani skuteczne. Można więc pomyśleć nad takimi rzeczami, skoro i tak nic się nie da zrobić. Inni wolą się modlić w takich sytuacjach, ja staram się myśleć o ewentualnych wrzodach i się relaksować. Wyskakuję z autobusu pierwszy, 3 min. do końca boardingu. Próbuję przemknąć bokiem do nadania bagażu – nic z tego, ale Pani wyjaśnia mi, że jak będą zamykać bramkę to mnie wywoła, co 3 min. później faktem się staje.
– Pan biegnie może lepiej, bo nie wiem czy pan zdąży – z bagażem, wezmą na pokład, bo już nie zdążymy przyjąć.
Więc biegnę. Literalnie – w polarze, sztormiaku i z nieporęcznymi 3-ma sztukami bagażu pędzę, przeciskam się. Odprawa – nie patyczkując się wyprzedzam wszystkich po drodze tłumacząc,że właśnie startuję , tylko mnie tam jeszcze nie ma. Ludzie przepuszczają. Pasek, komputer, wyrzucanie kremu do opalania i znowu:

– Tędy, tu po schodach i tam – do bramki 9, Pan biegnie,bo nie wiemy czy Pan zdąży.

Biegnę, spocony już jak cholera. Buty od rana mokre, czyli cały już mokry. Final boarding – jestem ostatni, ale jeszcze otwarte. Dopłata za bagaż oddawany na płycie lotniska: 45 funtów. Nie przyjmujemy euro. Pańska karta nie działa. Jeszcze raz? No, nie działa.

– Bankomat proponuję, Pan biegnie – może Pan zdąży. Ale z bagażem Pan biegnie, tu nie można zostawić. Nie, absolutnie nie można.

Biegnę spazmatycznie. Bagaż mnie spowalnia. Ryzykowne, ale muszę gdzieś zostawić. Namierzam starszych państwa – rzucam im, że na sekundę i że sorry i że zostawiam i że zaraz będę, domyślnie że im niby ufam jakby moimi dziadkami byli. Bankomat piętro niżej. Buty piszczą, slalom gigant. W pędzie staram się groźnie nie wyglądać, czy szalenie, gdyż zatrzymanie przez ochronę i nawet krótka rozmowa mogłaby oznaczać ostateczne spóźnienie. Więc że niby bez pośpiechu, radośnie wyglądać się staram, pomimo dynamicznego pośpiechu przecież. Nie trącam, muskać się tylko staram. Ale ktoś rzuca że „ojezu” – a tu żadna boska interwencja nie jest wymagana, po prostu ja biegnę. Duży jestem, to i zamieszanie powstaje. Duży obiekt w ruchu. Slalomuje. Starszym ludziom taka nagła dynamika nie podoba się widocznie. Przy bankomacie wbiegam tuż przed kogoś kto chyba chciał zeń skorzystać – pewności nie mam, ale lepiej było nie ryzykować i zastosować bezczelność w stylu Jasia Fasoli, że niby nie widziałem, no ale skoro już tu jestem przezd Panią, to już tu będę i pardon. Biegnę z powrotem. Bagaż leży osamotniony, dziadkowie uciekli. Na szczęście ochrona jeszcze nie przybiegła go zabrać i spalić w bardzo bezpiecznej pancernej komorze. Przybiegam do boarding desk i płacić chcę (to znaczy nie chcę, ale muszę), ale Pani nie ma wydać 5 funtów. No nie, nie dość że 45, to jeszcze napiwek mam zostawić 10%? Pasażerów spytam z kolejki, mogę? – Tak. Przepytuje grupowo ze 30 osób, rzucając wyzywające spojrzenia. Dychę na pół… ma kto, ludzie? Miała jedna dziewczyna, fajnie. Płacę, chaotycznie się zabieram i wsiadam.

Mokry jak mysz, ostatni z ostatnich. Dawno tyle nie biegałem.

Podejście do lądowania – fantastycznie malownicze! Samolot leci wzdłuż rzeki Tejo, po lewej widać Lisbonę i w oddali, dzięki znajomości akwenu, rozpoznaje Seixal. Następnie samolot  wyskakuje nad ocean, leci na południe wzdłuż wybrzeża, zawraca prawie pod Sesimbrą, po czym Seixal ukazuje się już po prawej jeszcze raz, teraz już dość wyraźnie, bo bliżej i niżej – wydaje mi się, że widzę na kotwicowisku czarną kropeczkę… King of Bongo? Nawet jeśli nie, ryło mi się cieszy! W Lizbonie poczułem się już jak u siebie i z metra nonszalancko skierowałem kroki do terminalu promowego w Cais de Sodre, do wejścia tego co zawsze. Ale prom płynie jakoś dziwnie dlugo, z okien też coś nie bardzo widok przypomina znajome rejony, choć ciemno i zbryzgane solą okna, ale czuje że coś jest nie tak. Wysiadam i od razu widzę – Pan Jezus Lizboński zbyt daleko i z innej strony, most zbyt daleko, terminal inny… kurde, jestem w Montijo. Zamienili, skurczybyki, zamienili jak mnie nie było! Pracownik, kończąc pracę mówi, że muszę wrócić do Lizbony i przesiąść się.
– Pan biegnie, bo…
– Taaa, wiem, wiem! Z bagażami.

______

Na s/y „Mateńka” spędziłem jako skipper miesiąc i 20 dni, prowadząc jacht z Alicante na M. Śródziemnym, przez Gibraltar, wzdłuż Portugalii i Hiszpanii, Biskaje, do Plymouth. Praca zarobkowa typu „przyjemne z pożytecznym”, dzięki której teraz mogę kontynuować Dinghy Adventures! :)

Tagged with →  
Share →
sklejki
Henri_Lloyd_150p
wawer
chaber_150p
teknos_oliva_vertical_150p
Niebieska_szkola_150p
AGA_logo_min
Edredon
logo_ost_bez
ForumExtremum
logo-kolosy
Organika Sarzyna logo
milim_150
salmo-logo-www
logo_ost_bez
Logo Jachting_150p
Wiatr_min
WaterCraft